myślę więc jestem...potargana:
czwartek, 08 grudnia 2011
opowieść o psie

Emil zapadł był na zapalenie oskrzeli i lekarz zalecił nebulizację. Jest to rodzaj inhalacji za pomocą specjalnej maszyny z maską na usta i nos. Emil ma 9 miesięcy i jak łatwo się domyśleć nie był specjalnie zainteresowany siedzeniem w masce i wdychaniem. Po kilku minutach zaczynał płakać i uciekać. Powoli przerodziło się to w walkę i nebulizowanie przy podwójnej  asyście rodziców, z prężącym i wyrywającym się niemowlakiem. Trochę śmy się zapędzili.

I wtedy przypomniała mi się opowieść o psie. Zasłyszana czy przeczytana gdzieś może.

Pewien człowiek musiał podawać codziennie swojemu psu lekarstwo. Męczył się z tym strasznie, bo pies za każdym razem uciekał, chował się... Aż pewnego dnia pan zrezygnował z walki, stwierdził, że ma już tego dość. Wrzucił lekarstwo psu do miski i powiedział sobie: Trudno, zje albo nie... Jakież było jego zdziwienie, kiedy okazało się, że pies zjadł wszystko z wielkim apetytem!

Po prostu okazało się, że pies nie bronił się przed lekarstwem, tylko przed walką.

Wyobraźcie sobie, że od tej pory nebulizacja przestała być dla nas dramatycznym przeżyciem.Po prostu pod wpływem tej opowieści przestałam nastawiać się na walkę z Emilem, przestałam go przytrzymywać, a zaczęłam spokojnie zabawiać, zaskakiwałam go różnymi przedmiotami do trzymania w rączkach typu szczotka czy kołatka, ale przede wszystkim zaczęłam myśleć, że nebulizacja to nic strasznego, że na pewno chętnie Emil powdycha itd... i to zadziałało.

Jestem pewna, że to świetna recepta na niejadka albo nieposłuszeństwo: przede wszystkim nie wchodzić w walkę, proponować, ale nie zmuszać. Kiedy nie ma walki z dzieckiem, to nie ma też wygranych i przegranych.

 

Jako bonus - rozmowy dzieci:

po pierwsze: rymowanki

Ida: Dlaczego?

Tymek: Bo nie ma lego.

Tymek: Proszę!

Ida: Za głowę cię wytarmoszę.

 

po drugie: inne czasy

Ida: Tymek, ale to były zupełnie inne czasy, kiedy jeszcze nie graliśmy na komputerze!

 

po trzecie: 5 stopni

 

Ida od kilku minut referuje jedno z opowiadań "Wszyscy na Ciebie czekamy". Tymek kręci się niecierpliwie i widać, że wije się z nudów. Nagle pomiędzy kaskadę okrągłych zdań Idy rzuca: "Oooo! Jest 5 stopni. Ciekawe, kiedy zacznie padać śnieg"

 

Istny mistrz dyplomacji ;)

23:04, myslipotargane
Link Komentarze (4) »
czwartek, 01 grudnia 2011
O moich spotkaniach z ludźmi

Witajcie po miesiącach ciszy.

Życie z trójką dzieci okazało się jednak zmianą... Niby nie zdarza się nic dla człowieka zaskakującego - w końcu dwójka już odchowana, więc cóż by mogło zaskoczyć, ale jednak niepostrzeżenie dotychczasowy kłus przekształcił się w galop i życie zaaaawirowało.

Dla tych, którzy nie widzieli się ze mną od sierpnia spieszę donieść, że galopuję obecnie równie hożo do szkoły, więc czasem galop przekształca się w rollercoster... Za to nie brakuje mi adrenalinki i na pewno się nie nudzę ;)

Innym powodem nie pisania od miesięcy jest zmiana, jaka zaszła w moim i naszym życiu towarzyskim. Paradoksalnie w tym zabieganiu udaje mi się znaleźć więcej czasu niż do tej pory na spotkania z przyjaciółmi i znajomymi. Rzadko zdarzają się tygodnie, by choćby po kościele nie zatrzymać się na wspólną pogawędkę. Miła to zmiana. Dająca poczucie bliskości i więzi. Dająca radość spotkania, dzielenia się czasem i myślą.... Za to rzadko mogę usiąść do laptopa - raczej nie ma już kiedy...

Ostatnio jednak poruszyły mnie dwie rzeczy i postanowiłam napisać.

Trzy dni w tygodniu podróżuję metrem po całej trasie, dlatego mam czas i okazję do obserwacji. Ostatnio pojawiają się żebracy z wypisaną na tekturze prośbą o wsparcie np. jedzenie. Zwykle dawałam takim osobom jedzenie, jeśli akurat coś miałam przy sobie, ewentualnie proponowałam kupno jedzenia. Z zasady zaś nie daję pieniędzy. Ale tego ranka, jak rzadko kiedy, zdążyłam zrobić sobie wyjątkowo zdrową i pożywną kanapkę - z mozarellą, pomidorem, pastą z oliwek i pyszną szynką. Cieszyłam się jak dziecko z tej kanapki, bo zwykle zadawalam się suchą bułką, i wtedy to staje przede mną rzeczony żebrak z tekturą i prosi o jedzenie. Biłam się z myślami, co zrobić, ale w końcu postanowiłam zachować się egoistycznie i zachować śniadanie dla siebie, wiedząc, że jeśli je oddam, to następny posiłek zjem dopiero za 7 godzin.

A teraz mam kaca moralnego, bo wygrał mój żołądek...

Inna rzecz, o której rozmyślałam, to rozmowa z moim średnim synkiem, Tymkiem. Tymek ma już 6 lat i chodzi teraz do nowego przedszkola. W jego grupie jest chłopiec, który jest upośledzony. Cieszy mnie to, ale czasem nie wiem w jaki sposób z Tymkiem rozmawiać o tym chłopcu, żeby go do niego nie uprzedzić.

Dzisiaj na przykład była taka sytuacja. Dzieci przygotowywały sobie wróżby w ciasteczkach (mają dni azjatyckie) i potem je losowały. Tymek był strasznie rozczarowany i zły, bo dostał pomazaną kartkę i sądzi, że zrobił ją właśnie ów chłopiec.

Powiedziałam mu, że każdy rysuje inaczej, że może rysunek przedstawiał np. zwój kabli, albo wir. Ale Tymek był bardzo zły i nawet ze złości wyrzucił tę kartkę.

Potem rozmawialiśmy jeszcze, że ten chłopiec wiele rzeczy robi inaczej, bo jest inny. I zapytałam, czy może da się to polubić. Tymek słuchał i nic na to nie powiedział, ale zastanawiam się, co jeszcze i jak mogłabym powiedzieć Tymkowi o tym chłopcu, żeby nie mówić, że jest upośledzony, albo gorszy.

22:36, myslipotargane , ja
Link Komentarze (1) »
niedziela, 17 kwietnia 2011
Parada słoni

Ustaliliśmy w naszym gremium rodzinnym, że wiosna przyjdzie, jak urodzi się Emil. Emil ma już przeszło miesiąc, a wiosna jakoś nie przychodzi... Nadal jest zimno, deszczowo i kapryśnie, a dodatkowo świat wydaje się jakiś taki zamglony zza moich niewyspanych oczu...  Powoli dryfujemu do przerwy świątecznej, kiedy to mamy nadzieję trochę odpocząć i przestać pamiętać, organizować, koordynować... sprzątać, prać, gotować... wysłuchiwać, pocieszać, doglądać... albo chociaż przestać to robić nieustannie i na przemian i w niedoczasie...

Jesteśmy bardzo zmęczeni. Nic w tym dziwnego. Od 8 marca, kiedy to walcząc nieustępliwie urodziłam Emila, bardzo powoli próbujemy na nowo oswoić rzeczywistość, zająć się już nie dwójką, a trójką, w tym jednym kwilącym kurczakiem i nie zapomnieć o nas - rodzicach i o nas - małżonkach, dać czas dzieciom na oswojenie się z nowym bratem i pogodzeniem się z faktem, że czasu i sił mamy chwilowo mało...

Z ciekawością obserwuję niesamowitą zdolność adaptacji ludzkiego organizmu... bo kiedy Piotrek kryzysuje, jak teraz, to nagle ja dostaję niezwykłego przypływu sił i anielskiego spokoju, a kiedy ja podnosiłam się z szoku po porodzie, to on dzielnie stawiał czoła rzeczywistości.

Przyglądam się również z podziwem sama sobie. To niezwykłe ile potrafi znieść organizm człowieka; cięzki poród z dużą utratą krwi, potem nieustanne karmienie na przemian z namolnymi lekarzami i pielęgniarkami, którzy to mierzą temperaturę, to podają leki, to pobierają krew, to mierzą ciśnienie, to zabierają noworodka na kolejne badania... Istna parada słoni przetaczająca się po człowieku, którego jedynym marzeniem jest móc pospać choć 2 godziny bez "troskliwych"  rąk personelu medycznego. Bo fachowy personel medyczny musi człowieka przebadać od a do z, a do głowy mu nie przyjdzie zapytać: Jak się pani czuje? Ważne są pomiary, słupki i wyliczenia, a nie niemierzalne depresje i inne takie... fanaberie. W rezultacie wyszłam ze szpitala w stanie ciężkiego wyczerpania i długo jeszcze czułam się, jakby czołg po mnie przejechał.

Coś przerażającego jest w takich instytucjach jak szpital, czy chociażby szkoła, że zza swoich regulaminów i procedur nie potrafią zobaczyć człowieka jako jednostki wrażliwej i kruchej, potrzebującej wsparcia i rozmowy, nawet kosztem pominięcia kontroli zdrowia, czy stopnia opanowania materiału...

 

 

18:37, myslipotargane
Link Komentarze (3) »
czwartek, 17 lutego 2011
Ojciec Bóg

Niestety nie zachwycił mnie „Wroniec”w Kamienicy, choć nadal podtrzymuję swój zachwyt nad książką.

Za to dzień później byliśmy z Piotrkiem na niezwykłej sztuce: „Ojciec Bóg”Najlepiej opowiada o niej sam autor, we fragmencie reportażu, dzięki któremu odkryliśmy istnienie tej sztuki:

"Z tych żartów zrodziła się tragiczna opowieść, bo jest to opowieść pomiędzy tym, jak bardzo ukochaliśmy siebie w synu, że my go wybraliśmy, ukochaliśmy, mamy dla niego misję i zadanie, a tym, jak bardzo go kochamy, jako człowieka, który jest oddzielnym podmiotem, ma swoje sprawy, swoje życie i swoje marzenia. I to się tak zrodziło pomiędzy żartem męskiego piwa, a refleksją nad Biblią. To była fantastyczna przygoda, żeby zuniwersalizować te codzienne problemy ojców w postaci Boga, który jest Superojcem, Ojcem Ojców. Ten model ojca, który ma być sprawiedliwy, ale jeżeli kocha, to jest problem ze sprawiedliwością."

Sztuka jest niezwykła, bo prawdziwie i głęboko pyta o relacje ojciec – syn, a wszystko to przez usta postaci uczłowieczonego Boga. Jest to monodrama po mistrzowsku zagrana przez Marcina Perchucia., pełna napięcia i tajemnicy, tworzonej jedynie przez światła, muzykę i mądry, głęboki i świeży tekst Katarzyny i Jacka Wasilewskich. Odnaleźć ich można na facebooku: www.facebook.com/ojciecbog

Niezwykłe jest również to, jak trafiliśmy na tę sztukę. Otóż, co nam się zwykle nie zdarza jechaliśmy sobie z Piotrkiem samochodem bez dzieci, więc bez krzyków i wieczorem, więc w porze emisji reportaży w Trójce, której owszem, zwykle słuchamy, ale rzadko słuchamy jej razem wieczorem. To był ostatni dzień mojej pracy i Piotrek pomagał mi odwieźć nagromadzone w szkole graty do domu, ja miałam zebranie, więc kończyłam na tyle późno, że mogliśmy jechać razem, on nie miał kosza (gra co środę z kolegami), więc mógł jechać ze mną. Było nam tak jakoś wyjątkowo i dobrze, że możemy tak spokojnie być razem i wtedy usłyszeliśmy ten trójkowy reportaż o sztuce „Ojciec Bóg”. Zasłuchaliśmy się i poczuliśmy, że to może być bardzo bliska nam sztuka. A następnego dnia Piotrek zrobił mi niespodziankę, bo odnalazł ich na facebooku i zakupił nam bilety!

20:34, myslipotargane , kinoteatr
Link Komentarze (1) »
czwartek, 10 lutego 2011
Mam talent

Jakieś 3 tygodnie temu, kiedy pożegnałam się ze szkołą i zrobiło się u nas nieco spokojniej rozegrała się u nas następująca rozmowa, która nadal miło brzmi mi w pamięci.

-Mamo, a kiedy znów pouczysz nas niemieckiego? - spytał ni stąd ni zowąd Tymek.

- Hmm... Nie wiem. Pewnie dopiero po wakacjach, we wrześniu. A dlaczego pytasz?

- Bo ja czekam na te lekcje.

-Ja też chcę się uczyć niemieckiego u ciebie , mamo, bo ty tak świetnie to robisz, po prostu masz talent do uczenia niemieckiego. - dopowiedziała Ida.

 

Zrobiło mi się niezwykle miło i ciepło wokół serca. Moje dzieci powiedziały to tak prosto i tak zwyczajnie i powiedziały to całkowicie bezinteresownie. Po prostu tak myślą.

MAM TALENT.

Jak to miło brzmi.

Zwłaszcza teraz, kiedy niewiele już mogę robić bez wysiłku. Brzuch osiąga już takie rozmiary, że wyrastam z kolejnych sztuk odzieży i pozostały mi jedynie 2 pary spodni i legginsy pod nie, w których nic nie ciśnie. Trudno się siedzi, chodzi, stoi, nawet leży. Ciężko się nawet śpi.

Za tydzień już mogę rodzić - będzie już 2 tygodnie przed terminem. Uff! Już czekam na to spotkanie.

22:20, myslipotargane , ja
Link Komentarze (3) »
środa, 02 lutego 2011
Wroniec

Za oknem znowu zima. Temperatura spadła do -6 stopni a śnieg pada już trzeci dzień. Jak cudownie, że już nie muszę w tych warunkach docierać do mojej szkoły! Szczególnie, że niestety od wczoraj czuję się nieco sflaczałą - sądzę, że zeszła ze mnie cała mobilizacja i teraz wreszcie dotarłam do tych ukrytych przeze mnie głęboko pod warstwą adrenaliny pokładów mojego organizmu, które proszą: daj nam odpocząć! I rzeczywiście - jak by nie patrzeć - to już 35 tydzień ciąży, która - co tu dużo gadać - coraz bardziej ciąży. Już coraz trudniej obudzić mi się rano. Emil jest niezwykle ruchliwym dzieckiem, a najbardziej ruchliwym od 20.00 d0 24.00. Ciężko jest spać z wibrującym brzuchem, zatem trudno jest mi następnego dnia obudzić się o 6.00, a czasem nawet o 7.00 rano. A Tymka trzeba zebrać do przedszkola: wyszykować go i odprowadzić. A on i tak jest łatwiejszy w obsłudze od rozkapryszonej królewny Idy, którą musi odczarowywać co rano Piotrek... A popołudniu trzeba pozbierać to całe towarzystwo do domu; zebrać się, znaleźć siły i dobry nastrój i ruszać w drogę...

Dobrze, że to już nie maluchy i mają własne sprawy, własne miejsca, do których mogę ich posłać! Dobrze, że mam choć tych kilka godzin niezmąconego spokoju.

Czas ten oprócz odsypiania i odgruzowywania mieszkania wykorzystuję na czytanie. Od czasu, kiedy w październiku zapisaliśmy się do półformalnego Klubu Łazików Teatralnych, zorganizowanego pod egidą nowej szkoły Idy, co jakiś czas inspiruje nas do wyjść teatralnych, z czym nie bywało do tej pory łatwo i wcześniej lub później do poszukiwań literackich. Tak właśnie w naszym domu rozgościły się audiobooki "Opowiadania dla dzieci" Isaaca Singera czytane po mistrzowsku przez Jerzego Stuhra

i tak zagościł u nas "Wroniec" autorstwa Jacka Dukaja.

 

Zapisałam się ponownie po kilkunastu latach do bibioteki i przyniosłam do domu tę książkę. Znamienne było to, że natychmiast mi tę książkę wyrwała moja 7 letnia Ida i zafascynowana przebogatą i wyrazistą szatą graficzną zaczęła czytać. Zaczęła czytać i pytać.

-Mamo, a co to jest MOMO?

-A kto to są MILIPANCI?

-A kim był WRONIEC? Czemu zabrał Adasiowi tatusia?

I zaczęło się wyjaśnianie niewyobrażalnych dla moich dzieci realiów komunizmu i stanu wojennego.

Bynajmniej nie jest to w mojej ocenie książka dla małych dzieci, ale napewno jest to dla nich inspirująca książka do przekartkowania. Myślę, że najwcześniej powinny "Wrońca" czytać dzieci w późnej podstawówce, z pewnością w gimnazjum i wzwyż.

Książka to niezwykła, gdyż w baśniowy sposób przetwarza historię grudnia 1981, opakowując je w prostą historię Adasia poszukującego swojego ojca, porwanego przez Wrońca. To, co przemawia za wartością książki jest dynamiczna forma:bardzo współczesna, nawiązująca do komiksów, a w dalszej kolejności do filmów rysunkowych i symboliczne obrazy, zatrzymujące w migawkach realia minionego systemu np. kolejka, szarzy i zalęknieni przechodnie, kolorowi demonstarnci,  żołnierze przy kotłownikach itp.

Integralną częścią książki są ilustracje Jakuba Jabłońskiego, jest ich mnóstwo i bardzo pobudzają wyobraźnię czytelnika.

Zainteresowanych odsyłam do książki i na tsronę:

http://dukaj.pl/bibliografia/utwory/Wroniec

Oraz do obejrzenia:" alt="" />" alt="" />

http://www.youtube.com/watch?v=S7eTCfrcOws

PS. a w sobotę idziemy z Piotrkiem i innymi łazikami na Wrońca do teatru Kamienica. Napiszę, jak było w sobotę i w niedzielę, bo w niedzielę, również mamy plany teatralne - chwytamy ostatnie chwile wolności!

21:30, myslipotargane , kinoteatr
Link Komentarze (1) »
wtorek, 18 stycznia 2011
Jak dobrze wyglądać w ciąży

Ciąża to zaiste dziwny stan dla kobiet żyjących w naszym społeczeństwie. Przez pierwsze kilka miesięcy społeczeństwo w przeważającej większości nie wie jak zareagować - współczuć, czy przemilczeć ten stan WSTYDLIWY. Bo nie wiadomo: może się roztyła, bo trzeciego to chyba już raczej nie chciała... Gratulacje to była najrzadziej spotykana przeze mnie reakcja, raczej konfidencjonalne szepty o mnie, nie zawsze do mnie, pełne współczucia pytania...

A kiedy wreszcie brzuch się zaokrągli jednoznacznie, nagle stan ten sprawia, że kobieta w ciąży jest niejako własnością społeczeństwa, że można ją na przykład poklepywać po brzuchu bez pytania, litowac się nad nią i przygniatać ją lamentami typu: a jak pani sobie da radę z tą trójką... a wreszcie raczyć opowieściami o mniej lub bardziej makabrycznych porodach na zmianę z grubiańskimi pytaniami: czy planowane? chyba nie planowane? a które to już: trzecie, czwarte?...

Kobieta w ciąży nie czuje się zatem jednostką normalną, przynajmniej nie dostaje od społeczeństwa przyzwolenia na bycie PIĘKNĄ, ATRAKCYJNĄ I SEKSOWNĄ KOBIETĄ. Raczej po takim "wsparciu" społecznym powinna się kobieta w ciązy zagrzebac w norce, zapaść w sen zimowy, zniknąć z pola widzenia, albo chociaż ukryć swój stan i nie EPATOWAĆ kobiecością w ciąży, EPATOWANIE jest ciężkostrawne... Albo matka, albo seksowna... Ciężko to społeczeństwu polskiemu ze soba połączyć, choć wszak seks i macierzyństwo mają w sobie wiele wspólnego... Czasem przychodzą mi do głowy złośliwe podejrzenia, że seks jest obecnie rzeczą mniej wstydliwą niż ciąża! Że to raczej ciążę należy skrywać i nie wiadomo, jak o niej mówić i że już łatwiej opowiedzieć o udanym życiu erotycznym niż pochwalić się nowym dzieckiem w drodze...

Zatem kobieta w ciąży jest osobą w stanie odmiennym, poniekąd jednostką specjalną, w stanie nienormalnym, który NALEŻY  z godnością PRZECZEKAĆ. a że w ciąży kobieta ta, to ona, ale jakby nie do końca ona, można sobie na przykład pozwolić na uwagi dotyczące jej wyglądu, bo to jakby nie jej wygląd...

Przykłady?

Służę.

1. Kupuję sobie nowy, kremowy płaszczyk ciążowy. Co na to koleżanka? "Hi! Hi! Wyglądasz w nim jak bałwanek Bouli!" Szlag mnie jasny trafia i dostaje pąsów, by odwarknać: "Odczep się!",aż przejęty do żywego kolega chwyta mnie za ramiona i mówi do mnie: "Spójrz na mnie i nie patrz na tę szyderę! Wyglądasz ślicznie! Ja ci to mówię!"

2. Wchodzę do sali zabaw z Tymkiem na urodziny koleżanki z jego grupy. Babcia jednego z dzieci wita mnie okrzykiem: "Ale brzuch to ma pani coraz większy!" Odpowiadam sentencjonalnie: "Cóż, raczej mniejszy nie będzie!" i kwituję uwagę niewzruszonym uśmiechem, ale w duszy mierzi mnie takie chamstwo. Bo powiedzcie, czy ta pani poważyłaby się na taką uwagę, gdybym nie była w ciąży? Wyobraźmy sobie, że utyłam z innych przyczyn i wchodzę do rzeczonej sali zabaw. Czy wtedy wolno by było tej pani komentować moja tuszę? A w ciąży i tak jestem wielorybem, więc dlaczego nie?

3. Albo wprost: "Grubo wyglądasz w tej kamizelce." - słyszę od koleżanki w pracy. Przecież jestem w ciąży, więc chyba się nie obrażę?

A ja chcę być traktowana, jak każda kobieta. Szarmancko i miło. Chcę wyglądać ładnie i atrakcyjnie i dbam o swój wygląd jeszcze bardziej, niż kiedy nie byłam w ciąży. Nie chcę przeczekać tych tygodni i miesięcy. Chcę ten czas celebrować, chcę potraktować moją zmieniajacą się figurę, jako zaproszenie do eksperymentów. Nie chcę chodzić w starym płaszczu mojej mamy, bo wygladam w nim, jak w spadochronie! Chcę mieć więcej niż jedną parę spodni, chcę chodzić w krótkiej spódnicy a na plaży w bikini! Moje ciało się zmienia, ale próbuję pokochać te zmiany. Chodzę na Aqua Aerobic, żeby przypomnieć sobie, jak szybko mogę się poruszać, ile mam w sobie siły i gracji. Zaglądam do ulubionego ciuchlandu, żeby sprawić sobie przyjemność kupna nowej tuniki, nowej kamizelki czy swetra. W tej ciąży odkryłam, że dla zmieniającej się figury dobry ciuchland jest nieoceniony. Bez żalu mogę sobie pozwolić na kilka par ubrań w cenie jedngo w centrum handlowym i wreszcie nie czuję się, jak w poprzednich ciążach, skazana na 2-3 mundurki. Pozwalam sobie również na eksperymenty z makijażem.

Dużo bliskich osób mówi mi, że kwitnę w tej ciąży. Dlaczego? Próbuję wzmacniać się od środka i nie dać sobie wmówić, że powinnam się zamknąć w czterech ścianach i czekać na powrót do normalności. Nie. Jestem w ciąży i chcę to polubić. I chcę dobrze wyglądać. W ciąży.

12:27, myslipotargane , ja
Link Komentarze (9) »
piątek, 14 stycznia 2011
Jak reagować na kwiaty...

Ostatnio nastrój mam schyłkowy - pożegnania, pożegnania... A za oknem szara mgła i rozpuszczające się kupy na łysych trawnikach.

Przede mną ostatni tydzień w szkole oraz jeszcze bardziej przede mna pożegnanie ze starym porządkiem i  oczekiwanie na rewolucję...

Bronię się jak mogę przed tym co wokół napiera na mnie.

W ramach akcji: "Hejże ha! Jestem dzierska i optymistyczna"  w tym miesiącu juz nawet 2 razy w tygodniu chodzę na Aqua-Aerobic, właśnie wróciłam od fryzjera, szukam wyprzedaży ciuszków niemowlęcych i oglądam takie oto skecze.

Nawet działa.

11:47, myslipotargane , ja
Link Komentarze (2) »
niedziela, 09 stycznia 2011
"Projekt Warszawiak"

Nie mogę się powstrzymać, żeby nie wstawić tu tego teledysku. Dla mnie rewelacja!

Grzesiuk wiedział, o czym śpiewał...

23:15, myslipotargane
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 grudnia 2010
Niechlubny rekord

Wczoraj: praca od 8.00 do 20.00.

Dzisiaj próbuję zebrać się w sobie, żeby umyć włosy i zrobić coś produktywnego przed wyjściem do popołudniowej pracy. (nauczanie indywidualne i korki :))

Wczoraj pobiłam rekord świata w robieniu 100 rzeczy naraz, będąc w zaawansowanej ciąży.

Przeprowadziłam 5 lekcji, na których wystawiłam dzieciom oceny (w naszej szkole polega to na wklepywaniu ocenek do excela  i wpisywaniu wyników wyliczeń do dziennika, który notabene trzeba wyrwać inny chętnym i spóźnionym) a jednocześnie sprawdziłam prace domowe, objaśniłam, uczniom co robić mają podczas mych wyliczeń, oraz w domu, odpowiadając na mnóstwo pytań i wątpliwości.

W czasie 2 h tkzw.okienka wyliczyłam i wpisałam, czego nie zdążyłam wcześniej oraz odbyłam próbę do Małego Księcia - gramy ponownie we wtorek.

Nastepnie odbyłam radę i szkolenie na temat Dopalaczy, przełykając pośpiesznie odgrzane w mikrofali LAsagne, przytargane z domu.

Po krótkiej przerwie popędziłam radośnie przez mroźne zaspy na 1h korków, żeby na 18.00 wrócić na zebranie z rodzicami.

:)

Dzisiaj ledwo zipię. Niedziwne.

Czas zwolnić.

Za to jutro do fryzjera. Już się cieszę. Kasia zrobi mi masaż podczas mycia głowy, zafarbuje i uczesze, a ja przez 2 h będę mogła myśleć o niczym. Eeeekstra!

Aha: pewnie ich nie znacie, bo śpiewają po niemiecku, a ja ich bardzo lubię i mam ochotę dziś posłuchać na podniesienie energii.

Panie i panowie: Wir sind Helden w swoim przeboju "Nur ein Wort"

10:48, myslipotargane
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8